Gatunek: angst, miniaturka, lime, yaoi
Kolejna miniaturka. Tak na powitanie.
Kaoru wpatrywał się w czerwone kosmyki swojego przyjaciela,
moczone teraz przez wokalistę, który wylał na nie wodę mineralną z butelki.
Uśmiech nie znikał z ich twarzy, ale w tym momencie liderowi nie było do
śmiechu. Gdy pomyślał, że to jeden z ostatnich ich wspólnych koncertów, to miał
ochotę rzucić się na ziemię i ryczeć jak małe dziecko, któremu zabroniono
czegoś.
Odłożył Ganesę i zszedł ze sceny przy akompaniamencie
pytających szeptów fanów i zdziwionych spojrzeniach pozostałych muzyków.
Oczywiście informacja, że Dir en Grey się rozpada nie
została jeszcze oficjalnie ogłoszona, lecz Kaoru nie miał innego wyjścia. W
końcu… Wkrótce może zabraknąć Die. Już nigdy nie będzie słyszał jego durnych
żartów, chamskich ripost i w ogóle… tego cudownego, melodyjnego głosu.
Już nigdy nie będzie miał okazji wyznać mu, że… że go kocha.
- Kaoru, co się dzieje? –usłyszał za sobą troskliwy głos
Daisuke.
- Nic…- lider z trudem powstrzymał łzy.- Ja tylko… Będzie mi tego brakowało, Die.
- Więc nie kończcie z tym. Ogłoście casting na nowego gitarzystę,
albo… albo weźcie jakiegoś supportującego, tylko na koncerty. I grajcie dalej!
- Nie, Daisuke. To już nie będzie to samo. Bez ciebie nie ma
nas. Bez ciebie nie ma… mnie. –ostatnie słowo dodał szeptem.
- Ja zawsze będę…- Kaoru poczuł dotyk dłoni Die na swojej
klatce piersiowej.- Tutaj.
- Boże, Daisuke…- lider złapał czerwonowłosego za rękę i
przyciągnął go do siebie, tuląc mocno do swojego ciała. Wystarczyła chwila i
rozpłakał się na dobre.
- Lider-sama, nie płacz. Proszę. Ej… Bo i ja zacznę… płakać.
Po policzkach Die spłynęły łzy. Żal mu było Kaoru. Żal mu
było go zostawiać całkiem samego. Oczywiście, że nie chciał umierać. Chciał żyć
tak długo, jak żył Kaoru. Chciał być dla niego. Przy nim. Dawać mu radość. Ale
nie mógł. Rak płuc. Zaawansowany i nieuleczalny. Za dużo palił i teraz ma za
swoje.
- Nie płacz…- powtórzył jeszcze tylko i pocałował go. Kaoru
nie odepchnął go. Objął go tylko i odwzajemnił pocałunek.
Całowali się długo i z pasją, czując na ustach słony smak
swoich łez.
Przerwali dopiero, gdy reszta zespołu wróciła do ich
garderoby. Nikt się nie odezwał, ale wszyscy płakali. Ostatni wspólny występ,
ostatnie wspólne wspomnienia. Ostatnie z Die.
Wyszli, żegnając się cicho, bez monumentalności i
wylewności. Jutro spotkają się w szpitalu, by umieścić tam Die. Wymagał już
stałej obserwacji medycznej. Mimo iż czerwono włosy odmawiał, zapewniając, że
nic się nie stanie jak zostanie u siebie, bo przecież… przecież i tak umrze.
- Die, nie odchodź…- szepnął Kaoru, trzymając go za rękę.
Mimo iż młodszy, to Daisuke zawsze był od niego wyższy.
- Nie odejdę…- wyszeptał cicho, obcałowywując jego twarz.
Wrócili razem do domu Kaoru. Die pozwolił mu tej nocy na
wszystko.
Pozwolił mu całować się do utraty tchu. Pozwolił rozbierać
się i pieścić swoje ciało. Pozwalał rozkazywać i wydawać polecenia. Pozwolił pieprzyć
się z taką namiętnością, jakiej nigdy nie doznał.
Jęczał głośno, nie przejmując się wściekłymi sąsiadami.
Obejmował przyjaciela nogami i
całował go pożądliwie.
- Kocham cię, Daisuke. Kocham cię… tak strasznie mocno!
- Ja ciebie też, lider-sama…
Dochodząc, krzyczeli. Obaj. Wyznając sobie wzajemnie miłość.
Miesiąc później Daisuke umarł.
To było takie piękne, ale smutne. Miałam łzy w oczach.
OdpowiedzUsuńBardzo smutne, ale też i piękne. Uwielbiam Kao-Die w twoim wydaniu <3
OdpowiedzUsuńUmarłem. T_T
OdpowiedzUsuń