Zabiło mnie moje serce - ep4



Wchodząc spowrotem do klubu nie spodziewałbym się, że spotkam tutaj samotnie upijającego się Daisuke. W pierwszej chwili chciałem się cofnąć, ale widząc w jakim jest stanie nie mogłem go tak zostawić.
- Airu, przepraszam. Jest coś co muszę załatwić. Zadzwoń jakoś niedługo i znów się spotkamy- powiedziałem, siląc się na przepraszający ton i pocałowałem go namiętnie w usta, po czym dodałem, mrucząc seksownie: -Wynagrodzę ci to jakoś, słońce.
Mężczyzna, chcąc, nie chcąc zostawił mnie i wyszedł z baru. Pewnie do domu. Cóż, następnym razem będę musiał mu to nieźle zrekompensować.
Pewnym krokiem ruszyłem w stronę stolika gitarzysty.
- Daisuke! Co ty tu robisz całkiem sam i dlaczego się spijasz w trupa? Kaoru znów…- chciałem już powiedzieć coś na temat tego, jak lider go poniża, bije i gwałci, ale chłopak niespodziewanie rozpłakał się, trącając kieliszek i rozlewając wódkę na stolik.
Zaskoczył mnie tym. W pewnej chwili przed oczyma stanął mi obraz Die zalewającego się w trupa i ruchającego się w kiblu z kim popadnie. Bo ten klub właśnie od tego był. Nie po to  każdej kabinie był automat na gumki, a u barmana można się było zaopatrzyć w różne ciekawe rzeczy.
Chyba że… to był jego pierwszy taki wybuch.
Westchnąłem ciężko.
- Chodź, póki on nie zacznie cię szukać. Nie będzie fajnie, jak właśnie tu cię znajdzie.
Objąłem ledwo przytomnego Die w pasie, a jego rękę zarzuciłem sobie na ramię. Skinąłem na barmana, by zamówił nam taksówkę, która po pięciu minutach była już przed klubem.
Pojechałem prosto do mnie. Ani mi się śniło, by zabierać go do Kaoru. Jeszcze coś mu zrobi…
W moim mieszkaniu był jak zwykle burdel. Kartki papieru i zużyte długopisy walały się po wszystkich pokojach. Tak samo jak i puszki po piwie, butelki po wódce, czy innych napojach, ciuchy, albo opakowania od sztucznie przyrządzonego jedzenia zakupionego na szybko w markecie.
Zgarnąłem brudne rzeczy i gitarę akustyczną z łóżka i położyłem na nim Daisuke. Jego czerwone kosmyki lepiły się od potu, a jego twarz wyjawiała, że śniło mu się coś niedobrego.
Próbowałem go dobudzić, ale alkohol zmącił całkowicie jego głowę, więc zostawiłem go  spokoju, licząc, że koszmary same przejdą.
Zdjąłem z niego śmierdzące wódką i papierosami ubranie, zostawiając go w samych bokserkach.
Żal mi go strasznie było, gdy zobaczyłem jego ciało. Całe posiniaczone, podrapane, w licznych rankach i w dodatku strasznie wychudzone. Nawet nie zauważyłem, kiedy tak tragicznie schudł.
Kaoru jest prawdziwym skurwielem. Żeby tak ranić taki skarb, jakim był Die?
Pogłaskałem go po policzku i złożyłem na jego ustach delikatny pocałunek, z nadzieją, że się nie obudzi i tego nie odkryje, po czym szybko ulotniłem się z pokoju, zabierając tylko koc.
Kanapa też jest  sumie wygodna, a leżenie obok niego może być niebezpieczne.
Rano obudził mnie głośny huk i dźwięk tłuczonego szkła. Następne co zarejestrowałem to czyjś przerażony krzyk.
Zerwałem się błyskawicznie i pobiegłem do sypialni.
Die siedział skulony i przestraszony na podłodze, a obok niego leżała rozbita szklanka po herbacie, którą zostawiłem tu wczoraj rano.
Odetchnąłem z ulgą widząc, że gitarzyście nic nie jest.
- Boże, Daisuke… Przestraszyłeś mnie.
- Cz-czemu ja tu jestem? –spytał słabym głosem Die.
Westchnąłem ciężko i poszedłem do kuchni po wodę. Nic przeciwbólowego od dawna nie miałem, gdyż brakowało mi czasu, by cokolwiek kupić.
Wróciłem do czerwonowłosego i podałem mu butelkę.
- Napij się, pewnie ci zaschło w gardle.
Spokojnie obserwowałem, jak litr wody znikał szybko w jego ustach. Pełnych, lekko zaróżowiałych, wyschniętych i spragnionych poca… wody, ustach.
- Spotkałem cię w jakimś klubie kompletnie spitego i ryczącego do rozlanej wódki- wyjaśniłem mu.- Często tam chodzisz? Często się tak upijasz, a potem…
- Pierwszy raz- odpowiedział ze skruchą.- Kaoru.. on… wyrzucił mnie wczoraj z domu, po tym jak mnie.. umm…
Widziałem, jak do jego oczu napływały łzy, które następnie skapywały po rumianych policzkach.
- Skurwiel…- mruknąłem cicho, pod nosem, a następnie zrobiłem coś, czego nikt nigdy by się po mnie nie spodziewał. Podszedłem do Daisuke i przytuliłem go mocno, by ogrzać jego nagie ciałko i przy okazji uspokoić skołatane nerwy.
Przez moje ubranie czułem, jak mężczyzna trzęsie się jak małe dziecko. Zaczął szlochać i moczyć moją koszulę, a ja głaskałem go uspokajająco i pozwalałem się objąć. Bo przecież nic innego nie mogłem dla niego zrobić.
W tym momencie moja beznadziejność sięgnęła zenitu.
Nie dość, że nie mogę nijak pocieszyć Die, to jeszcze nie mogę zapewnić mu bezpieczeństwa.
Po prostu klęczę tu przy nim i czekam, aż skończy płakać, by następnie iść napić się wódki, bo na trzeźwo nie dam sobie rady. Cześć, to cały ja.
- K-kyo.. ty krwawisz.. – usłyszałem jego słabiutki głos, przerywany przez ciągłe pociąganie noskiem.
- Hmm?- dopiero teraz zauważyłem, że przez tą całą dynamiczność otworzyły mi się świeże rany zadane mi przez Airu. Na spodniach zrobiły mi się czerwone plamy wielkości piłek do kosza.
- Och… Za..zapomniałem, że przecież jesteś masochistą. Jakie to uczucie, czerpać przyjemność z bólu? Nauczysz mnie tego?
- Die… Daisuke.. Tego się nie da nauczyć. Uspokój się proszę. Już nikt nigdy nie zada ci bólu. Obiecuję…

1 komentarz:

  1. Biedny Dai. Czytając to współczułam Kyo nieodwzajemnionej miłości. Nie mniej teraz ma szanse i jak będzie mądry to ją wykorzysta :)

    OdpowiedzUsuń