Wstałem koło 4. Całą noc, jak tylko wróciłem z hotelu, nie
mogłem zmrużyć oka. Wypiłem mocną kawę, by móc jakoś funkcjonować. Nie chciałem
dawać Kaoru kolejnych pretekstów do opieprzania mnie. Przebrałem się w coś
nadającego się do pracy i wyszedłem z mieszkania zabierając po drodze klucze,
portfel i paczkę Malboro.
Idąc powoli ulicą nie bawiłem się w takie coś jak ukrywanie
się przed fanami. Zresztą o tej godzinie żadna smarkula nie miała prawa tu być.
Zapaliłem papierosa i zaciągnąłem się dymem nikotynowym. Zdecydowanie muszę z
tym skończyć. Tytoń źle działa na moje gardło, a co za tym idzie- głos. Już nie
raz miałem przez to problemy, no ale do mnie jak do słupa. Mów ile chcesz, a ja
nadal będę się truł tym świństwem.
Przed samym wejściem do budynku trafiłem na Daisuke.
Wyglądał chyba gorzej ode mnie. Napuchnięte i zaczerwienione oczy, jakby całą
noc płakał, mówiły mi wszystko.
- Kaoru?- spytałem z nutką złości i podirytowania. Widziałem
jak ucieka wzrokiem i lekko, prawie że niedostrzeżenie kiwa głową. Westchnąłem
cicho, widząc, jak przejeżdża ręką po brzuchu, jakby chciał zasłonić go.
Poczochrałem jego włosy, po czym szybko, tak by Die nie zdążył zareagować,
przyparłem go do ściany i podwinąłem materiał jego koszulki. Tak jak myślałem.
Na biodrze widać było siniaka chyba we wszystkich kolorach, w dodatku bok i
plecy chłopaka zdobiły zadrapania. Tylko tyle dostrzegłem, gdyż Daisuke wyrwał
mi się.
- Idź z tym do lekarza. Nie wygląda to za ładnie- odparłem
spokojnie. Die był z Kaoru od dwóch lat, więc wiedziałem, że krzyki tu nic nie
zadziałają. Rudzielec kocha lidera całym sercem, a ten to doszczętnie
wykorzystuje wyżywając się na nim seksualnie. Nie raz widziałem jak go bił i
poniżał. Po prostu zrobił z niego swoją zabawkę.
Wiele razy mówiłem Die by go zostawił, ale jak kamieniem w
wodę. On go cholernie kochał. Wszystko co robił dla Kaoru było przepełnione
miłością. Aż zazdrościłem liderowi. On miał to, czego ja tak cholernie
pragnąłem.
- Och, Daisuke…- westchnąłem, nie mogąc się doczekać żadnej
odpowiedzi z jego strony i weszliśmy do budynku. Gdy tylko przekroczyliśmy
drzwi sali nagraniowej, Kaoru od razu zaczął się wydzierać, że się spóźniliśmy
i nie szanujemy ciężkiej pracy innych ludzi. Co prawda byliśmy tylko 10 minut
po czasie, ale dla lidera nawet parę minut mogło się wiązać z katastrofą o
charakterze międzynarodowym.
Nie odezwałem się jednak ani słowem, unikając tym samym
niepotrzebnej awantury. Przeczesałem palcami moje blond kosmyki i sięgnąłem po
teczkę z tekstami piosenek.
- Zacznijmy od Mushi- powiedziałem najspokojniej na świecie,
totalnie ignorując fakt, iż Kaoru najzwyczajniej opieprzał swojego chłopaka za
to, że wszedł tu ze mną, podejrzewając go o zdradę. Kompletnie nie zwróciłem
uwagi na wręcz nienawistne spojrzenie lidera. Coś mi się wydaje że z takim
nastawieniem nasz zespół długo nie pociągnie.
Przećwiczyliśmy kilka piosenek, tak na rozgrzewkę, po czym
zabraliśmy się za wybieranie odpowiedniego tekstu piosenki spośród sterty
papierków zapisanych czarnym cienkopisem. No cóż, ilekroć działo się coś ważnego
w moim życiu, łapałem za kartkę i coś do pisania, po czym zaczynałem tworzyć. W
domu mam dwa razy tyle papieru zapisanego wierszami.
W studiu siedzieliśmy do 15. Jakimś cudem obyło się bez
kłótni i rękoczynów. Shinya i Toshiya wybyli pierwsi. Perkusista miał do
załatwienia coś na mieście, a basista miał samochód do odebrania. Nie wiem co
go tak kręci w tych gratach. Ja mam tylko motor i to w dodatku jeżdżę na nim
raz na ruski rok. Nie przepadam za jakimikolwiek pojazdami, lub jak kto woli
boję się ich. Moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym, a brat w katastrofie
lotniczej. Przekomiczne wręcz. Te cholerne maszyny zabrały mi wszystkich moich
bliskich i jeszcze mają czelność dalej egzystować.
- Die, wyskoczymy na obiad? Kaoru jest pewnie teraz bardzo
zajęty, a mi przyda się czyje…- zacząłem, lecz stanowczy głos lidera nie
pozwolił mi dokończyć.
- Daisuke zostaje. Pomoże mi posprzątać w studiu.
- Daj spokój, Kaoru. Wiem, że będziesz go rżnął- mruknąłem z
goryczą w głosie. Kiedyś spłoniesz w piekle, liderze. Spłoniesz, a ja razem z
tobą.
Wstałem, nie mając zamiaru słuchać durnych tłumaczeń
gitarzystów i opuściłem salę. Pójdę sam coś zjeść. Ach… Samotność mnie dobija.
- Kyo, skoczymy coś zjeść?- usłyszałem po swojej prawej
stronie. Gdy odwróciłem głowę dostrzegłem tam Shinyę.
- Nie miałeś przypadkiem czegoś do załatwienia?
- Owszem, miałem, ale to może poczekać. Musimy pogadać.
- Niby o czym?
- Chodźmy, znam dobrą restaurację z włoskim jedzeniem.
Posłusznie poszedłem za perkusistą. Byłem ciekaw co też
nasza zespołowa dziewczynka ma mi do powiedzenia.
Usiedliśmy gdzieś z tyłu, chcąc, a raczej nie chcąc zwracać
na siebie uwagi i zamówiliśmy coś.
- A więc, co chciałeś?
- Daisuke.
Westchnąłem. Tak, mogłem się spodziewać, że będzie chciał
porozmawiać na temat naszych gitarzystów.
- Czemu dzisiaj to ty przyszedłeś z nim?
- Trafiłem na niego przypadkiem przed wytwórnią.
- Czemu wygląda jak jedno wielkie nieszczęście?
- Czyli jak zwykle? No nie wiem, niech pomyślę… może przez
Kaoru?- mruknąłem sarkastycznie, nie mając ani trochę kontynuować tej rozmowy.
- Co mu znowu zrobił?
- Nie wiem, chyba za ostry seks… Jezu, Shinya!- warknąłem,
widząc, że chłopak chce zadać kolejne pytanie.- Daruj sobie, co? Wiesz dobrze,
że od dwóch lat Die jest maltretowany przez Kaoru i to się dobrze skończyć nie
może!
- Umm.. Przepraszam. Martwię się o nich, wiesz przecież.
- Wiem, ale co możesz zrobić? Nie raz próbowaliśmy wbić Die
do głowy, że Kaoru to nie jest partia dla niego, ale nie słuchał. Więc niech
teraz ma.
- Kyo, błagam… Nie udawaj, że los Die cię nie obchodzi-
Shinya był chyba jedyną osobą w całym moim życiu, która potrafiła mnie
przejrzeć. Nienawidziłem tego, więc usilnie dręczyłem go, by tylko zostawił
psychologowanie na mój temat, jednak z marnym skutkiem.
- Bo mnie nie obchodzi- zamilkłem, gdyż kelnerka przyniosła
nam zamówione posiłki. Złapałem za widelec i zacząłem jeść, uciekając tym od
dalszej rozmowy. Kątem oka widziałem tylko jak Shinya przygląda mi się z
politowaniem.
- A co z tobą? Znów się sprzedajesz?- nie odpowiedziałem,
lecz chyba to było wystarczającą odpowiedzią dla niego.- Kyo, litości! Miałeś z
tym skończyć! Popatrz na siebie, wyglądasz okropnie! Kiedy ostatni raz wyspałeś
się? Tooru. Proszę cię. Co się z tobą dzieje? Znów masz problemy?
Pieprzony Shinya. Znów musiał się wtrącać w nie swoje
sprawy. Wstałem, głośno szurając krzesłem i rzuciłem widelec o talerz,
zwracając tym na siebie uwagę ludzi przebywających w restauracji.
- Nie mam ochoty na jedzenie, wychodzę- zadeklarowałem i po
prostu wyszedłem, ignorując nawoływanie perkusisty. Niech martwi się kimś
innym. Ma żonę. Powinien zająć się nią, a nie kumplem, który ma go w głębokim
poważaniu.
Bardzo mi się podoba. Pierwszy rozdział dobrze wprowadza obrazowo w treść opowiadania. Dużym plusem jest to, że piszesz o Diru, jest tak mało opowiadań o nich. Kyo wyszedł ci bardzo prawdziwie. Tak, myślę, że kupuje charakter jaki mu przypisałaś.
OdpowiedzUsuńNo i mój ukochany Die... :-)
Czekam na więcej!